• Słuchaj audycji w Roxy
   Piątek w Sidney - od 21:00
• Oficjalny profil na MySpace
   myspace.com/sidneypolak
• Nasz kanał na YouTube
   youtube.com/sidneypolak
• Sidney na Facebook'u
   facebook.com/sidneypolak

W najbliższym czasie nie mamy zaplanowanych koncertów.

carton

koncertomania


Wpisz szukane słowo lub wyrażenie.
Loading

 Polak w Knurowie 17.06...
 Pezet/Sidney Polak
 Jazgot Szklarska Poręb...
 jastrzębie zdrój.
 Organizatorzy imprez
 Sidney Polak 2010 Tour!
 Sidney w Toruniu! 14.1...
 tekst
 Sidney 100 lat !!!!!
 setlista z małego, kam...

business-school - liceum i szkoła policealna

beauty-art


  •  news   •  band   •  koncerty   •  historia   •  linki
  •  dyskografia   •  teksty   •  street team   •  galeria   •  kontakt
  •  forum   •  audio/video   •  klipy   •  extras   •  sklepik

historia    

Gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że w przyszłości będę miał swój zespół, w którym, na dodatek, będę śpiewał, postukałbym się w czoło. Tak bardzo podobała mi się gra na perkusji, że myślałem, że będę to i wyłącznie to, robił już zawsze. Nigdy nie myślałem, że pewnego dnia zacznę pisać teksty i na dodatek wykonywać je do swojej muzyki... A jednak właśnie to mi się przydarzyło.

Początki Sidneya, czyli pierwszy Macintosh G3!
Pod koniec roku 1998 kupiłem pierwszy komputer do nagrywania muzyki.
Był to beżowy desktop - Macintosh G3 z 17-calowym monitorem. W środku siedziała karta dźwiękowa Audiowerk, współdziałająca z programem Logic 3.6. Sprzęt, jak na tamte czasy, pierwsza klasa. Kosztował majątek. Dziś oczywiście wart jest tyle, co skrzynka coca-coli, ale to nic dziwnego - tak już jest z komputerami.
To właśnie wtedy moje możliwości produkowania muzyki poszerzyły się na tyle, że mogłem zacząć to robić samodzielnie, całościowo. Wcześniej, nie mając nawet własnego kasetowego wielośladu, tylko o tym marzyłem.
W tamtym czasie od ośmiu lat bębniłem już w T.Love. Od odejścia Janka Benedeka dokładałem się nawet kompozycyjnie do zespołu. Zrobiłem riffy do "To nie jest miłość", "Jest super" i kilku innych piosenek, ale cały czas nie miałem nawet prymitywnej możliwości zarejestrowania swoich pomysłów. Teraz mogłem do woli zawalać noce, zapętlając rytmy ukradzione z płyt CD, samplując gitarowe riffy z początków utworów czy programując swoje własne bity. Otworzył się przede mną świat home-recordingu.
Podłączyłem do komputera gitarę - "bitego" Fendera Stratocastera, którego kupiłem od Majchrzaka z T.Love kilka lat wcześniej, podłączyłem swoją starą drum-maszynę Korga DDD-1 i wpadłem w szał robienia numerów. Nagrywałem codziennie po kilka piosenek - tzw. "zajawek" - niedokończonych zwykle pomysłów, które tylko w mojej głowie były czymś wartościowym. Na początku myślałem głownie o Muńku jako ich depozytariuszu. Niektóre z nich znajdowały zresztą u niego zrozumienie i powstały z nich piosenki T.Love. "133", "E.M.I.", "Jak Dzieci" z płyty "Antyidol" nagranej w 1999 roku oraz "Pank is Ded?", "Ajrisz" i "Potejto" z płyty "Model 01" były właśnie efektem posiadania domowego mini-studia.
Szybko uzupełniłem system o głośniki Yamaha MSP5, sampler Emu 5000, cyfrowy stół Soundcraft 328 XD i pierwszy zawodowy preamp - Focusrite Isa 430 wraz z mikrofonem Neumann TLM 103. Teraz miałem już sprzęt, który pozwalał mi na nagrywanie w miarę dobrej jakości wokalu, a nawet instrumentów akustycznych.
Co ważniejsze, w roku 2000 zdesperowany ciągłymi przenosinami zespołu T.Love z jednej sali prób do drugiej, postanowiłem znaleźć "stałe" miejsce w pobliżu mojego mieszkania na Tarchominie. Już pierwszego dnia poszukiwań natknąłem się na fajny obiekt na Żeraniu, chroniony, odpowiednio duży i na dodatek dostępny 24 godziny na dobę. Tarchostudio - bo tak zostało ochrzczone nasze miejsce - z impetem zaczęło swoją działalność. Własne, skromnie zaadaptowane akustycznie miejsce - back-line zespołu T.Love plus sprzęt nagraniowy dały w rezultacie spore możliwości. Wystarczyło w te możliwości jedynie wlać treść...

"Boys in the sound", czyli "Chłopcy w brzmieniu"
Na początku tego "komputerowo-muzycznego szału" robiliśmy piosenki wspólnie z Majcherem, jeszcze u mnie w domu na Tarchominie, a później już w Tarchostudio. Zespół nazywał się "Chłopcy w brzmieniu" i miał być w założeniu muzyczną przybudówką do większego multimedialnego projektu, polegającego na stworzeniu pierwszej na świecie "prawdziwej" muzyki interaktywnej. Takiej, która automatycznie zmieniałaby się i sama dopasowywała do słuchacza - jak gra komputerowa. Stopień skomplikowania tego pomysłu wzrastał wraz z liczbą wypalonych jointów i ilością alkoholu wypitego podczas rozmów na ten temat. Zresztą Majcher zajmuje się tym projektem po dziś dzień i cały czas nie ujrzał on światła dziennego. Może nie powinienem więc psuć efektu zaskoczenia, które z pewnością będzie miało miejsce, kiedy wreszcie się to uda.
Sama nazwa była spolszczeniem angielskiej frazy "Boys in the sound", którą usłyszeliśmy po komputerowym puszczeniu od tyłu słów przeczytanych przez damski głos po hiszpańsku, na początku płyty Jane's Addiction "Ritual de lo Habitual". To pokazuje poziom abstrakcji, na jakim operowaliśmy.
Piosenki były rockowe, czasami lekko electro. Do pomysłów muzycznych śpiewaliśmy Majcher i ja, na dodatek nie było wiadomo do końca, o czym to wszystko ma być. Jedyny tekst po polsku stworzony został przez Majchera, przeze mnie i Muńka podczas suto zakrapianego powrotu z któregoś z koncertów T.Love i był cokolwiek kontrowersyjny - zaczynał się od słów - "High, dotykam jego jaj...". Reszta tekstów nie wyszła poza fazę tzw. języka norweskiego, czyli ciągu nic nieznaczących sylab, mających brzmieć jak angielski. W skład zespołu wchodził również Piotrek Nowicki vel Nowik, który skończył wydział multimediów na uniwersytecie w Paryżu - kolega Majchera ze szkoły. Tęga multimedialna głowa. Wspólnie z Nazimem z T.Love zrealizowaliśmy nawet podziemny teledysk do piosenki "Boys in the sound", w którym Nazim biegał z walizką po mieście, aż w końcu podłączał się słuchawkami do ziemi. Całość historii była przetykana kadrem kipiącego w garnku mleka. Praca posuwała się wolno i rozmach przedsięwzięcia trochę mnie przestraszył. Pamiętam, że próbowałem do tych numerów pisać polskie teksty, ale mi nie szło.
Coraz częściej myślałem jednak o zrobieniu czegoś szybciej i na własny rachunek. Z czasem Majcher i Nowik postanowili założyć internetową komercyjną firmę, aby mieć z czego finansować własne działania artystyczne. Ja poszedłem w swoją stronę.
Zbiegło się to wszystko z niesamowitą popularnością hip hopu w Polsce. Nagle dotarło do mnie po raz drugi, bo już kiedyś mając 18 lat, miałem etap zafascynowania czarną muzyką, że słowo podane w rytmie może być tak samo emocjonujące jak śpiew. Że treść, którą ma się do przekazania może być zapakowana w różne "dźwiękowe" anturaże. Że można grać na akustyku pod poniekąd hiphopowy bit i po prostu opowiadać swoją historię. I że, skoro jestem perkusistą rytmicznie grającym na gitarze, to właśnie "muzyka rytmu" wyjdzie mi jakkolwiek sprawnie. Poza tym zmieszanie tego wszystkiego z klimatem reggae będzie czymś, czego w Polsce do tej pory nie było. A reggae i hip hop plus "manuchaowy" folk to było to, czego słuchałem i po dziś dzień słucham bez przerwy. Gdzieś w okolicach połowy roku 2000 po raz pierwszy odważyłem się nagrać swoją "sidneyową" piosenkę. Pomogła mi w tym bateria sześciu dobrze schłodzonych Okocimiów Mocnych przyniesionych ze stacji BP. Song był praktycznie czystym free style'm. Zaczynał się od słów "Ja nie jestem żadnym j***nym raperem...: choć, jak się okazało, niedługo miałem się właśnie nim stać.
W roku 2003 do tego riffu dołożyłem zmieniony tekst i tak powstał wstępniak "Witam" rozpoczynający mój pierwszy album.


Uniwerek, czyli "Bob, masz może jakiegoś jointa?"
W roku 2000 po 6-letniej przerwie wróciłem na studia. Już nie na dzienne, bo wcześniej studiowałem przez 3 lata na Uniwersytecie Warszawskim socjologię na Karowej (zresztą z marnymi wynikami, bo w efekcie zaliczyłem tylko pierwszy rok), ale na zaoczne.
Najbliżej z socjologii mi było na ISNS - Instytut Stosowanych Nauk Społecznych.
Trafiłem od razu na drugi rok tych studiów, mając pierwszy zaliczony właśnie na socjologii. Jak się okazało, było to wspaniałe doświadczenie. Z kilku względów.
Po pierwsze trafiłem w nowe środowisko - środowisko ludzi już w większości pracujących, którzy chcieli mieć, z różnych powodów, magisterkę. Byli tam kolesie, którzy pracowali w radiach, szpitalach tudzież w ratuszu, oraz dziewczyny, które były już zaczepione w agencjach reklamowych albo gdzieś w przemyśle. Słowem - ciekawe towarzystwo. Na roku było około 60 osób i jak na studia zaoczne byliśmy dość zgrani. Bardzo często przed wykładami puszczałem jakieś swoje zajawki kumplom z roku. Nazywali mnie Bob, bo miałem długie, kręcone włosy, a poza tym czasami częstowałem ich jointami. Sami zresztą byli nie gorszymi ancymonami (pamiętam na przykład niejakiego Tymona, łysego pielęgniarza, który na poważnie poprosił o azyl polityczny w ambasadzie Kuby. Ponoć naprawdę go dostał). Spotykaliśmy się "po lekcjach" i na balangach w rożnych miejscach. W pewnym okresie nawet troje z moich "iesenesowych" przyjaciół mieszkało u mnie w domu. Daniel i jego dziewczyna, a teraz żona Aneta plus Paweł, ich kumpel, dziennikarz - to ludzie, z którymi spędziłem wiele zakrapianych wieczorów, rozmawiając o muzyce i tekstach.
Po drugie - właśnie na studiach poznałem Michała Mareckiego. To było tuż przed którymś z porannych sobotnich wykładów na Żurawiej. Michał grał wtedy z Fiolką Najdenowicz w zespole pod wodzą Leszka Biolika, udzielał się także jako klawiszowiec SPEC-a i grał ska w zespole Pan Profeska u saksofonisty Maria. Tak jak ja miał zaburzony kalendarz edukacji ze względu na muzykę. Imał się rożnych zajęć, póki na poważnie nie zaczął grać. Z tego, co wiem, miał nawet firmę, która zakładała instalacje telefoniczne na budowach. Ponieważ mieliśmy podobne poczucie humoru i podobały nam się te same dziewczyny, stwierdziliśmy prawie natychmiast, że moglibyśmy też wspólnie pograć. Kilka dni po poznaniu Michała zarejestrowałem jego pierwsze partie klawiszy do rozpoczętych przeze mnie pomysłów muzycznych. Pamiętam, że były to "Butelki" i "Tekila".
Po trzecie - same studia, i związany z nimi powrót do nauki po sześciu latach przerwy, przewietrzyły mi trochę głowę i pozwoliły spojrzeć na tematy przyszłych piosenek w inny sposób...

Formowanie składu, czyli "Ty po prostu graj, a ja nagrywam"
Od początku wspólnego nagrywania klawiszy z Michałem Mareckim w Tarchostudio, czyli od jesieni roku 2000, zaczęliśmy rozmawiać o sformowaniu całego składu. To właśnie Michał powiedział mi, że przebywa w Warszawie niejaki Siwy, były guitarman Bakszysza, który gra w Maleo Reggae Rockers i posiada wolne moce przerobowe. Niedługo po tym zadzwoniłem do Siwego i umówiłem się z nim w Tarchostudio.
Siwy przyszedł z reklamówką pełną browaru, oblukal studio, posłuchał numerów i zapytał od razu, czy gramy razem, czy nie. Był tak bezpośredni i bezpretensjonalny, że aż mnie wbiło w ziemię. Zgolona na zero łepetyna, braki w uzębieniu, czapka bejsbolówka plus alkoholowy oddech i fajek w ustach. No i gitara z przystawką midi, dzięki której Siwy wyzwalał z gitarowego Rolanda zajebiste duby reggae. To był właśnie Siwy. Jak sam o sobie mówił: "To ja. 24 h", nawiązując do swojego uwielbienia do balangi. W ten sposób pozyskałem gitarzystę, do którego dzwoniłem co jakiś czas przez następne trzy lata robienia pierwszej płyty. Zawsze zjawiał się punktualnie z gitarą i torbą pełną piwa, a ja skakałem z aranżu na aranż, w kompie dogrywając jego jamowe ćwieki to tu, to tam. W nagrywaniu trudniejszych instrumentów pomagał mi Kajetan Aron, ówczesny realizator dźwięku na koncertach T.Love. To on nagrywał gitarę akustyczną Siwego w "Chomiczówce" i w "Tekili'", gitary piecowe oraz żywe bębny tam, gdzie one grały. Z Kajetanem i z Muńkiem w międzyczasie wyprodukowaliśmy koncertowy album "T.Live", który był zapisem koncertu T.Love ze Stodoły z 2002 roku. To Kajtek wreszcie zmiksował "Tekilę" i "Butelki", pierwsze moje numery, które jako zapowiedź płyty pojawiły się na płytce z muzyką do filmu "Superprodukcja", do którego w 2003 roku z T.Love zrobiliśmy tytułową piosenkę "Luźny Janek". Kajtek mniej więcej w tym samym czasie zaczął intensywnie jeździć jako akustyk koncertowy Kultu i stał się głównym rezydentem "Słabego Studia" - studia nagraniowego, w którym produkowane są nagrania zespołów Sławka Pietrzaka z S.P. Records, przez co w rezultacie zrezygnował z nagłaśniania T.Love.
Piotrka Pniaka jako jednego z najlepszych perkusistów w Polsce, pamiętałem jeszcze z jakiegoś wspólnego koncertu T.Love i Proletaryatu z lat 90-tych. W sumie ocena koncertu, który grali z nami wtedy w jakiejś wielkiej hali, była z mojej strony dwuznaczna. Z jednej strony nie mogłem się na Piotra napatrzeć, ponieważ sam gram na bębnach i wiem, jak trudno jest zdobyć tak perfekcyjny warsztat i cios, jaki ma Pniaku. W ogóle nie wiedziałem, że w Polsce są tacy instrumentaliści jak on. Z drugiej strony kompletnie nie rozumiałem, jak można zagrać "No women no cry" Marleya w tak faszystowski sposób, w jaki oni to grali podczas tamtego koncertu. Pomyślałem sobie teraz, że jeśli mam zrealizować swój plan grania z loopami na żywo, to bębniarz musi się z nimi "kleić" absolutnie dokładnie - tak, żeby nie robić zbędnego bałaganu w dźwiękach.
Zdobyłem numer do Pniaka, spotkałem się z nim, przywiozłem do Tarchostudio i okazało się, że jest jak najbardziej chętny do współpracy. Tak samo jak w przypadku Siwego, dzwoniłem do niego przez te trzy lata dłubania w Tarchostudio co jakiś czas i zapraszałem na kilkugodzinne sesje nagraniowe, aby nagrać materiał do obróbki w kompie. Jego zapętlone rytmy kleiłem później z bitami mechanicznymi w swoich aranżach. Czasami sam chwytałem za pojedynczy mikrofon i nagrywałem jego grę w mono, na totalnej kompresji, przesuwając się z nim w ręku i szukając w słuchawkach fajnego, brudnego, zgniecionego soundu. Niekiedy to się nawet udawało. Mogliśmy poza tym posługiwać się "swoim" specyficznym perkusyjnym slangiem podczas wbijania śladów: "Hej, Piotr, czy nie mógłbyś trochę rozjaśnić hi-hatu???"- na przykład. To dawało dobre efekty. Przez Piotrka poznałem także Filipa Rakowskiego vel Funky Filona, który na początku nagrał skrecze do "Butelek" i do "Chomiczówki", później jednak sam zdecydował, że woli stać raczej z boku, na zasadzie sidemana i nie pisze się na udział w bandzie. W nowej odsłonie zespołu, w roku 2009/2010 jest natomiast bandowym skreczerem, jeżdżącym regularnie na wszystkie nasze koncerty.
Do jednej z piosenek na pierwszą płytę nagrałem też skrecze DJ-a Pandy, którego poznałem przez Pezeta - (rapera, z którym nagrałem piosenkę "Otwieram wino") ponieważ Noon (producent Pezeta) zaangażował Pandę do skreczy na pierwszej płycie Pezeta "Muzyka klasyczna". Panda nagrywał je u mnie w domu, nota bene, podczas klasowego męskiego spotkania kolegów z liceum, na którym odbywał się mecz pingpongowy w dużym pokoju.
Nagrywałem także Wojtka Seweryna z zespołu Lecha Janerki i Fiolki Najdenowicz - niedługo potem Wojtek zmarł na raka. To jego jest wstęp do "Chorwata" w wersji oryginalnej, na gitarze akustycznej. To był najlepszy technicznie gitarzysta, jakiego nagrywałem. Wypuszczenie tych dźwięków przyszło mu z taką łatwością, że aż trudno uwierzyć.
Oprócz tego, podczas nagrywania pierwszej płyty wspomógł mnie jeszcze: Mikis Cupas, stary kolega z "Eksperymentu", czyli warszawskiego liceum, do którego razem chodziliśmy. Mikisa z Cytadeli, naszego licealnego zespołu, pozyskał do Wilków Robert Gawliński, dla mnie Cupas nagrał akustyczne riffy pod koniec piosenki "Witam".
Z kolei Janek Benedek, z którym w międzyczasie próbowałem grać w jego zespole Warsaw, a który swego czasu przyjmował mnie do T.Love - nagrał dwie gitary akustyczne do "Ragga-rapu" i do "Siedmiu Grzechów Popkultury". Korzeń, Grzegorz Rytka, Struś oraz Dominik Trębski i Marcin Ołówek nagrali żywe trąby.
Osobnym przedsięwzięciem było zaproszenie gości udzielających się wokalnie.
Na Pezeta wpadłem automatycznie zaraz po wydaniu przez niego "Muzyki klasycznej" z Noonem. To była płyta, która zatrzęsła polskim hip hopem - tłuste bity Noona plus naprawdę najlepszy rap Pezeta. Ta płyta zrobiła na mnie wtedy totalne wrażenie. Do tej pory uważam, że - obok pierwszej Molesty i Paktofoniki - to jedna z najlepszych hiphopowych polskich produkcji.
Na Pablopavo i Reggaeneratora trafiłem, idąc na "Czwartek reggaeowy" do "Punktu" - knajpy w miejscu dawnej "Piwnicy Architektów" w centrum Warszawy, gdzie grało co tydzień Zjednoczenie Sound System. Przyniosłem im płytę z demówkami, a kiedy zaprosiłem ich do studia nagrali w jeden wieczór i tekst do "Przemijamy" i do "Radio Warszawa". Piosenkę "Przemijamy" ponadto zafreestajlowali tak, że spokojnie mogłem jeszcze z tego wyciąć trzy skity oparte na tym samym bicie. Byli wtedy jeszcze przed pierwszą płytą Vavamuffin, ale poziom ich nagrywek wróżył już wtedy spory sukces tego zespołu.
Hiphopowy skład Trzeci Wymiar zobaczyłem w telewizji, oglądając klip do pierwszego singla z ich debiutanckiej płyty. Przejeżdżając niedaleko Warszawy, wpadli do Tarchostudia, gdzie wbili zwrotki do piosenki "Inny Wymiar".
Miałem szczęście pod jeszcze jednym względem. Realizator dźwięku Adaś Toczko wraz ze swoim ówczesnym asystentem Szymonem Sieńko przeprowadzał właśnie swoje studio "Elektra" z Gdańska do Warszawy. Adaś przywiózł najpierw swój cały sprzęt do Tarchostudio, żeby móc zrealizować dwa bonusowe kawałki studyjne - "Polish Boy Friend" i "Europolska" na płytę koncertową T.Live, która się tu miksowała. A ponieważ budowa nowej siedziby "Elektry" lekko się obsuwała, po nagraniu T.Love mógł jeszcze przez miesiąc pracować wieczorami nad miksami piosenek Sidneya. Dzięki temu pod koniec grudnia roku 2003 miałem już zmiksowany cały pierwszy album.

Teksty, czyli "ważna jest stopa i przekaz"
Pierwsze moje piosenki nagrane w Tarchostudio były najczęściej freestyle'ami. Kiedy miałem nagrany bit, szedłem po piwo na pobliską stację BP, włączałem mikrofon i nawijałem, co mi ślina na język przyniosła. Oczywiście poziom tekstów, powstających w ten sposób, był mierny, a przynajmniej bardzo nierówny. Zdarzały się jakieś fajne frazy, ciekawe sformułowania, ale generalnie miało to wymiar bardziej zgrywu niż tekstu napisanego na poważnie. Tak powstał na przykład "DJ Alkoholique":

DJ Alkoholique, DJ Alkoholique to ja x 4
DJ Alkoholique powie ci o tym teraz, DJ Alkoholique powie ci
DJ Alkoholique powie ci to teraz, DJ Alkoholique powie ci

Jestem alkoholikiem, piję bardzo dużo.
Niestety wszystko, co o mnie wiesz, sprowadza się do tego, że
Piję bardzo dużo i nawet blanty nie są takie fajne jak
Sześć Okocimiów Mocnych - to jest mój świat

DJ Alkoholique, DJ Alkoholique to ja x 4

Polacy piją i to jest fakt, lubią alkohol tak jak ja.
Polacy piją i to jest fakt, piją, a później rzygają.
Piją, a później się źle czują...
Wszyscy piją, wszyscy piją, politycy, aktorzy, piłkarze, księża,
Dziennikarze, ciecie i prezydenta ochroniarze.
Ale on nie! Ale on nie!
Prezydent nie pije! nigdy nie pił, nie pił! x 4
Kurwa jego mać...

Podobnie powstały "Porno-pasterz", internetowa zajawka traktująca w ostrych, punkowych słowach problem molestowania w Kościele oraz kawałek "Faja", jak dotąd niepublikowany bonus track do pierwszej płyty:

Podaj faję, podaj, podaj faję, nie kiś jej, nie kiś, nie kiś jej.
Podaj faję, podaj, podaj faję, nie kiś jej, nie kiś jej.
Jeśli chcesz mieć swoje zwyczaje, to sobie je miej.
Ale teraz podaj, podaj faję i nie kiś jej, nie kiś, nie kiś jej.

Skręcać czy nabijać, oto jest pytanie, odpowiedzi nie ma na nie.
Bataty dają straty, a lufka daje szok, w tym wypadku, to dobry krok.
Popatrz na bok, czy widzisz skurwysyna krok, na pewno nas zatrzyma.
No i co psie, co mi zrobisz?
Papiery mam w porządku, ubezpieczenie też i nic nie piłem, odpierdol się. x 2
Rozumiem, że potrzebujesz trochę kasy na wódkę, rozumiem to, rozumiem, ale...

Bardzo szybko usłyszałem od Mareckiego: "Słuchaj, wydaje mi się, że powinieneś trochę bardziej zastanawiać się nad tymi tekstami". W końcu wziąłem sobie to do serca. Pierwszym tekstem, który powstał już w "nowy" sposób, a wiec został napisany z rozmysłem, był utwór "Tekila". Najpierw sobie całość wymyśliłem, podzieliłem na zwrotki, tak, żeby historię opowiedzieć z równym napięciem, a później - już planowo - zacząłem układać same rymy. Chyba wtedy także po raz pierwszy zauważyłem, że jeśli historia, którą chcę opowiedzieć jest prawdziwa i naprawdę przez mnie przeżyta, to samo układanie rymów wcale nie jest trudne. To zresztą potwierdziło się przy następnych utworach. Kiedy próbowałem coś zmyślać albo coś nadpisać, momentalnie się zacinałem i stałem w miejscu. Gdy potrafiłem odnieść się do emocji, jakie naprawdę odczuwałem, wszystko szło bez problemów. Zapamiętałem frazę Muńka "najważniejsza jest stopa i przekaz", którą wypowiedział przy jakiejś okazji, i zacząłem trochę bardziej się nad tym wszystkim zastanawiać. Parokrotnie rozmawiałem nawet z Muńkiem o samej technice pisania tekstów. Delikatnie go podpytywałem o jego warsztat, o to, jak wpada na pomysł i jak szybko mu idzie samo pisanie.
Teraz z perspektywy czasu zauważam także coraz wyraźniej, że na teksty na pierwszej płycie duży wpływ miał też mój serdeczny kumpel z tamtego okresu - Kuba Wojewódzki. I bynajmniej nie chodzi o tego telewizyjnego Wojewódzkiego, którego znają wszyscy, ale o "naszego", "tarchomińskiego" Kubę, mojego sąsiada z klatki obok. Zbieżność nazwisk - całkowicie przypadkowa.
Kuba był kompanem od flaszki, internetowego wieczornego surfingu i od "głupich", "osiedlowych" akcji w stylu: "Słyszysz, na górze jakaś muza, chyba balanga, wbijamy się tam!" albo "Jarek, podsłuchałem przez okno, że moja sąsiadka Dorota nie ma cebuli. Chodź pojedziemy po cebulę do nocniaka, podłożymy jej na wycieraczkę i uciekniemy". Z Kubą zawsze były najlepsze zgrywy, czas mijał wesoło, acz inteligentnie. Dzięki niemu okres ten wspominam jako beztroski czas fajnej, lajtowej balangi i słuchania dobrej muzy. On puszczał mi piosenki swojego ulubionego Starego Dobrego Małżeństwa, a ja jemu Gentlemana i Sekou, tłumacząc, że w niemieckim reggae też się sporo dzieje. Nasze relacje rozluźniły się dopiero wtedy, kiedy ja znalazłem sobie stałą dziewczynę, a on nie i rytmy naszego wolnego czasu już ze sobą nie współgrały. Poza tym musiałem na jakiś czas zawiesić swoje alkoholowe hobby, żeby dać szansę na regenerację podniszczonej wątrobie. Dalej jesteśmy przyjaciółmi, ale już raczej trzeźwymi.

Kontrakt z EMI, czyli "nikt tego nie chce"
W 2002 roku, zaraz po zmiksowaniu dwóch pierwszych piosenek ("Butelek" i "Tekili"), zaniosłem je do Pomatonu, czyli do obecnego EMI Polska. Był to naturalny ruch, ze względu na to, że znaliśmy się już dobrze - Pomaton wydawał przecież płyty T.Love. Byłem też ciekaw, co powiedzą, gdy usłyszą "śpiewającego" perkusistę. W zasadzie tych piosenek nie pokazywałem nikomu innemu. Chyba jeszcze Juzek z Sissi Records, prywatnie mąż Ani Dąbrowskiej, dostał je wtedy ode mnie - ale on od razu powiedział, że w to nie wierzy. Po dwóch tygodniach Paweł Walicki i Ania Dróżdż z Pomatonu oznajmili mi, że w to wchodzą i że czekają na całą płytę. Tak, to był radosny dzień. Wtedy poczułem, że nie pracuję całkiem w ciemno i że jeśli uda mi się skończyć cały krążek, to on na pewno wyjdzie. Że nie będę musiał po skończeniu miksów, tułać się od firmy do firmy albo zakładać na samym początku własnej oficyny wydawniczej.
W ramach zwiadu Pomaton wcisnął te dwie piosenki, trochę na siłę, na płytę związaną z filmem "Superprodukcja". Niedługo potem Muniek i ja - ten skład wynikał z zawartości płyty - pojechaliśmy na bardzo dziwny press-tour po Polsce. Chodziliśmy na jakieś spotkania do Empików, gdzie w ogóle nie było ludzi ani dziennikarzy, bo generalnie płytę z soundtrackiem do polskiego filmu każdy miał w tyle.
Musze powiedzieć, że Pomaton dość cierpliwie czekał, aż skończę pracę. Co jakiś czas pytali, jak mi idzie, ale gdy mówiłem, że spoko, ale jeszcze potrzebuję czasu, nie wpadali w paranoję. Tak minęły następne dwa lata i na początku 2004 roku dostarczyłem im master skończonego albumu. Na początku byłem pewien, że przydzielą mi jako "człowieka pierwszego kontaktu" Pawła Walickiego, którego bardzo lubiłem i ceniłem. Lekko się przestraszyłem, kiedy okazało się, że Sidneyem będzie się zajmował Jarek Rawicki, którego jeszcze wtedy nie znalem. Jarek, mój imiennik, pochodzący tak jak ja, z Chomiczówki, ale kilka lat młodszy ode mnie ziomek, okazał się megakolem. Pomogło nam to, że chodziliśmy do tej samej podstawówki nr 106 na Conrada, tylko że on kilka - lat później, nasze matki się nawet ponoć znały, zanim moja wybrała emigrację. Jarek słuchał też fajnej muzy, kumał hip hop i reggae, a poza tym naprawdę muza Sidneya mu się podobała i szczerze wierzył w to, że ten album uda się wypromować. Dlatego pracował przy nim z przyjemnością i to się czuło.
A z tą promocją mogło być przecież różnie: tuż przed wydaniem płyty w maju 2004 roku w konferencyjnej sali EMI odbyło się spotkanie, na którym osoby ze wszystkich działów promocji na pytanie: "czy udało się załatwić dla tego albumu jakichś patronów medialnych?" zgodnie oświadczyły, że "niestety, nikt tego nie chce, bo to ani nie hip hop, ani nie reggae" i "w zasadzie nie wiadomo co". Na szczęście jednak trafiony, zrobiony przez Tomka Nalewajka teledysk do "Tekili", a później wakacyjny klip do "Otwieram wino" odniosły skutek. Szczególnie "Otwieram wino" trafiło w gusta szerokiej publiczności.
Tak naprawdę jednak dopiero jesienią 2004 roku, kiedy "Chomiczówka" znalazła się na pierwszym miejscu listy Trójki, płyta zaczęła się jakoś sprzedawać. W przypadku pierwszej płyty miałem zresztą ewidentne szczęście do klipów, "Tekila" wyszła fajnie, "Wino" - też, później był chwytający za serce klip do "Chomiczówki" zrobiony przez Pawła Popko, brata ciotecznego Muńka, potem udało się zgromadzić spore fundusze na klip "Chorwat", kręcony przez Grupę 13 niedaleko Szklarskiej Poręby. W wakacje 2005 roku natomiast udało się nam z Pawłem Popko pojechać do Szanghaju, gdzie w partyzanckich warunkach skręciliśmy klip do "Przemijamy". A pod koniec promocji albumu powstał bardzo fajny klip, nakręcony specjalną kamerą przemysłową - zrobił go Wojtek Włodarski do piosenki "Ragga-rap".
W promocji pomogło pewnie też to, że w marcu 2005 roku odebrałem trzy Fryderyki: dla autora, kompozytora i albumu alternatywnego roku 2004.

"Always on the run", czyli 140 koncertów Sidneya Polaka.
Zaraz po skończeniu masteringu płyty, w wakacje zimowe 2004, wyjechałem na narty do Krynicy. Po powrocie skrzyknąłem towarzystwo w osobach Mareckiego, Siwego i Pniaka, i przystąpiliśmy do prób, chcąc przenieść zawartość albumu na poziom żywego grania. Szybko się okazało, że nie uda nam się wszystkich śladów zagrać na żywo. Szczególnie, że nie grał z nami basista. Dlatego włączyliśmy do zespołu starego już wtedy Macintosha G3. Pniaku jak terminator został podłączony do metronomu wyzwalanego z kompa, a podkładowe basy, loopy, dodatkowe klawisze i trąby elegancko uzupełniły warstwę dźwiękową, pozwalając nam koncertować w czteroosobowym składzie. Podobało mi się wtedy to, że zespól jest taki mechaniczny, właśnie hiphopowy poniekąd. Bas samplerowy dawał specyficzną równość i charakterystyczne brzmienie.
Dopiero jakiś rok albo półtora później, jesienią 2005 postanowiliśmy włączyć do składu żywego basistę, a dokładnie kontrabasistę elektrycznego. Po urządzeniu przesłuchania w Tarchostudio i zaproszeniu prawie wszystkich znanych nam basistów, bezkonkurencyjny okazał się Paweł Mazurczak, który wcześniej grał z takimi bandami, jak: Trebunie Tutki, Calle Sol, Tadeuszem Nalepą czy Antoniną Krzysztoń. Paweł to super muzyk, ale przede wszystkim wspaniały, pogodny i pozbawiony zawiści człowiek. Konie można z nim kraść, no i flaszkę niejedną zrobić.
Oczywiście od razu po skończeniu płyty zacząłem się zastanawiać, kto powinien zostać menedżerem. Poznałem przez Muńka, który wtedy mocno zaprzyjaźnił się z kapelą z Częstochowy, Habakukiem, ich menedżera, Michała Gawlicza. Michał, kuzyn Brody, wokala z Habakuka, wydawał się być idealny. Nie był zmanierowany współpracą z wielką "gwiazdą" typu T.Love i miał mnóstwo dojść do małych klubów w całej Polsce. Pomyślałem, że właśnie on może, nie licząc na początku na gigantyczny zarobek, spowodować, że zespół będzie po prostu dużo grał. Po przesłuchaniu płyty Michał zgodził się pomoc, ale zastrzegł, że zawsze Habakuk będzie u niego na pierwszym miejscu. Zorganizował wiele koncertów w roku 2004. Pierwszy z nich, niejako rozgrzewkowy przed debiutanckim koncertem w Warszawie, odbył się 20 marca w Kluczborku, rodzinnym mieście Siwego. Ludzie przyszli w zasadzie na niego. Ja, pierwszy raz w życiu w nowej roli frontmana, o mało się nie posrałem ze stresu. Jakoś dałem radę, ale pamiętam, że z nerwów nie moglem nawet pić browaru przed koncertem, bo chciało mi się po prostu wymiotować. Koncert warszawski odbył się w "Punkcie" 15 kwietnia i zgromadził tłum zaproszonych przez nas znajomych. Pamiętam, że przy barze zakotwiczyła tzw. loża szyderców, czyli członkowie obecnego i starego T.Love, którzy przyszli się pośmiać z perkusisty, który zaczął rapować. Oczywiście, wszyscy byli bardzo mili, koncert był czadowy, głównie za sprawą Reggaeneratora i Pablopavo, którzy pomagali mi na scenie i wszystko się zgadzało, jednak nie uniknąłem kilku kąśliwych uwag typu "koniunkturalizm" albo "kiedyś rock, a teraz hip hop i reggae, ładnie, ładnie". Specjalnie się tym nie przejąłem, bo zaszczepiony na takie uwagi powinien być chyba każdy, kto zaczyna coś nowego. Lekki dół złapaliśmy jednak 3 dni później, kiedy na koncert do klubu "Ucho" w Gdyni przyszły dwie osoby. Gawlicz pewnie myślał, że promocja płyty ruszy wcześniej, jednak - jak się okazało - cokolwiek o płycie zaczęło być słychać dopiero w okolicach czerwca. Szczególnie miło wspominam letni koncert w klubie "Jezioro Łabędzie" w lipcu 2004 roku. Mieliśmy full, a ludzi od bramki odbiło się ponoć trzystu. Szybko okazało się, że Michał Gawlicz jest potrzebny na wyjazdach, lecz bardzo często nie może z nami jechać, bo ma koncerty z Habakukiem. I wtedy pojawił się Bartek Głowacki, przywieziony przez Michała na nasz pierwszy trójkowy koncert. Po koncercie ustaliliśmy, że naszym roadie. czyli menedżerem jeżdżącym z zespołem w trasy, będzie Bartek, a załatwiać koncerty będą wspólnie. Tak oto, kumpel Michała z wrocławskiej socjologii i niedawny pracownik domu kultury w Oleśnicy pod Wrocławiem został naszym menago na zgoła sześć lat. Później, po drugiej płycie, licząc chyba na większy jej sukces, stwierdził, że nie opłaca mu się już tym zespołem zajmować, śpiewał z nami jako tzw. hype-man jeszcze kilka miesięcy, aż do gruntownego opuszczenia składu w marcu roku 2010. Teraz jest menedżerem Maleo Reggae Rockers oraz Jamala.
W roku 2004 zagraliśmy około 30 koncertów, ale prawdziwy koncertowy urodzaj przyszedł w roku 2005, kiedy było ich już 55. Podstawowym problem organizacyjnym, jaki się pojawił to oczywiście konflikt terminów Sidneya i T.Love. Robiąc płytę solową w latach 2000-2004, nie wiedziałem, co zamierza Muniek. Najpierw bardzo długo powtarzał, że to już koniec T.Love i to już ostatnia płyta, później okazywało się, że jeszcze nie, że może jeszcze następna. Teraz mamy rok 2010 i robimy właśnie dwupłytowy album, który ma wyjść w 2012 roku ale uwaga: Muniek ostatnio powiedział ze przesuwa kilka czadowych pomysłów gitarowych jeszcze na płytę następną... czyli T.Love był, jest i będzie!
Ja nigdy nie miałem zresztą pomysłu, żeby rezygnować z grania na bębnach w tym zespole. I nie chodzi tylko o apanaże, ale przede wszystkim o to, że po 20 latach grania czuję, że to mój dom, mój zespól, moje życie.
Godzenie terminów koncertów Sidneya i T.Love do niedawna było prawdziwym majstersztykiem i zarówno jeden, jak i drugi zespół grają ich mnóstwo. Kto zna realia polskiego szołbizu wie, o co biega. Nie było łatwo dopinać trasy jednego i drugiego zespołu jednocześnie. Całe szczęście w międzyczasie do wprawy na bębnach doszedł Budzik, technik T.Love, który obecnie czasami mnie zastępuje, kiedy gram z Sidneyem koncert. Szkoda tylko, że Michał Marecki, który bardzo chciał zostać pełnoprawnym członkiem T.Love przystał na niekorzystne dla Sidneya rozwiązania terminowe. No ale cóż, rynek jest nieubłagany.
Po roku 2005 liczba koncertów stopniowo malała aż do roku 2008, kiedy ze względu na produkcję drugiej płyty zagraliśmy ich naprawdę tylko kilka. To pociągnęło za sobą następne zmiany personalne. W pewnym momencie Piotr Pniak stwierdził, że musi się zająć zespołem Iguana, który tworzy ze swoją narzeczoną i jego wokalistką Moniką, i w związku z tym, nie mogę już liczyć na jego wsparcie w każdym terminie. Po dwóch latach wrócił jednak nagrać DVD i zagrać kilka gigów. Podobnie było z Siwym, który opuścił band na rzecz Maleo, jednak teraz znowu czasami zasila nasze szeregi. W zespole pojawili się także Artur Lipiński i Jurek Markuszewski jako bębnowy tandem wymiennie z Pniakiem, oraz Thomas, gitarzysta Roanu z Bydgoszczy, którego poznaliśmy za pośrednictwem Huberta Gasiula, perkusisty, który także przez jakiś czas wspomagał nas na koncertach.
Reasumując obecnie (czyli w 2010 roku) na koncertach mój zespól tworzą - ja na wokalu, Michał Marecki na klawiszach, Paweł Mazurczak na kontrabasie elektrycznym, Funky Gruzin jako DJ, Thomas na gitarze, czasami wspólnie, a czasami wymiennie z Siwym oraz Artur Lipiński, Jurek Markuszewski albo Piotr Pniak na bębnach. Od marca 2010 roku menedżerem jest moja ukochana żonka Małgorzata - i powiem jedno - jeszcze nigdy nie mieliśmy tak dobrze ogarniętych spraw organizacyjnych jak w tej chwili.

Nowa płyta czyli "to, co w duszy gra..."
Po sukcesie pierwszej płyty słyszałem raz po raz rozmaite głosy na temat tego, co powinienem teraz zrobić. Najlepsi byli ci, którzy mówili: "Stary, nie musisz nic zmieniać, to jest dobre, zrób po prostu taką samą drugą płytę".
Potakiwałem, ale kurde, za Chiny nie wiedziałem, co to znaczy zrobić taką samą drugą płytę. Że niby co? Mam napisać drugą Chomiczówkę? A może coś o Tarchominie, na którym mieszkam od 12 lat? Jaja.
Moje życie po ukazaniu się na rynku pierwszej płyty diametralnie się zmieniło. Cały wolny czas przez 4 lata poprzedzające jej wydanie, przeznaczałem na jej robienie albo studiowanie, teraz wypełniały je koncerty, klipy, wywiady i ciągłe jeżdżenie po Polsce. Oprócz 60 koncertów T.Love, rocznie grałem kilkadziesiąt swoich solowych. Rytm naprawdę się zagęścił, wątroba zaczęła nawalać, a na domiar złego w 2004 roku policja zarekwirowała mi prawko na trzy lata. Nie mówiąc już o studiach, które znowu zawiesiłem na kołku, tym razem na etapie ostatniego ważnego egzaminu przed dopuszczeniem do pracy magisterskiej.
Bez prawka stałem się trochę "więźniem Tarchomina". Kto zna te okolice, wie, co to znaczy mieszkać tu bez samochodu. Lekko nie było. Coraz bardziej się alienowałem, czyszcząc się gruntownie z fajnych pomysłów na teksty. Już nie mogłem po prostu dać bani przy mikrofonie jak kiedyś. Zawsze był jakiś ważny powód, żeby tego nie robić.
W grudniu 2005 na domiar złego załatwiłem się na nartach w Andalo we Włoszech. Ostatni dzień, ostatni zjazd, niewytrzymany skręt, północny stok, 2 metry lotu na lód twardy jak beton. Rezultatem było złamanie prawego uda w trzech miejscach. Ból i długa rehabilitacja. Najpierw wózek, później kule, później laska. Do tego doszły zawirowania w życiu prywatnym. Jakieś fatum zaczęło mnie prześladować. Ludzie zaczęli mnie pytać o drugą płytę, a my mieliśmy jedynie "Wyspę Man", bo ta piosenka powstała podczas pierwszych prób tuż przed wydaniem pierwszej płyty.
Dopiero poznanie w 2006 roku, mojej obecnej żony Małgorzaty wprowadziło ład w moje życie. Stopniowo, powoli, zacząłem odzyskiwać równowagę. Myślę, że musiałem poczekać, żeby to, co przypłynęło z pierwszą płytą, spokojnie sobie odpłynęło. Kiedy znów zacząłem żyć rytmem bez napięcia, grać mniej koncertów, rzadziej jeździć po Polsce, teksty zaczęły same przychodzić. Musiałem się zresetować, żeby swój twardy dysk zacząć zapełniać od nowa. Na początku 2007 roku mogłem znowu zrobić prawko, zrobiłem od razu także na motocykl. Wsiadłem na skuta, a byłem tak głodny jazdy, że przejechaliśmy z Małgosią chyba z 30 tysięcy kilometrów. W wolnych chwilach bez stresu zacząłem pracę nad drugą płytą. Chciałem się w niej podzielić swoim aktualnym klimatem - klimatem kolesia, który nie jest już tym samym wesołkowatym pijakiem, co kiedyś. Świadomie zarzuciłem plan robienia płyty zabawowej, bo taka płyta wtedy by mi nie wyszła. Na płytę zabawową nie miałem pomysłów. Nie umiem oszukiwać w tekstach, to, co mi w duszy gra, słychać w moich piosenkach. Dlatego "Cyfrowy styl życia" jest płytą dużo poważniejszą. Jakby trochę dla starszych. Dostałem zresztą wiele maili od ludzi, że właśnie tak ją postrzegają. "Hej, Sidney, dojrzałem razem z Tobą. Dzięki!"
Produkcja "Cyfrowego stylu życia" była trochę bardziej skomplikowana niż produkcja płyty "Sidney Polak". Teraz żywe bębny nagrałem już w S-4 na Woronicza z Leszkiem Kamińskim. Trąby udało mi się nagrać podczas wakacji na Florydzie z kubańskimi sidemanami, a gitary akustyczne i piecowe z Adasiem Toczko w "stacjonarnej" już Elektrze na Asfaltowej w Warszawie. Dwie piosenki z płyty: "Skuter" i "Blask" zostały wyprodukowane przez Krutscha, niemieckiego producenta, którego poznałem przy okazji wspólnego koncertu zespołu Culcha Caldela i Sidneya we Wrocławiu jeszcze w roku 2005. Kasię Nosowską udało mi się namówić do zaśpiewania ze mną piosenki country, EastWest Rockers dograli się do "Blasku", a Pezet i przyjaciółka Michała Mareckiego, Isabelle, czyli Isa, wspomogli wokalnie piosenkę "Ostatni dźwięk" kończącą album. Cały album, poza "Skuterem" i "Blaskiem", został zmiksowany przez Lecha Kamińskiego. Tym razem mieliśmy strasznego pecha, jeśli chodzi o teledysk do pierwszego singla "Deszcz", bo koszmarek zrobiony przez niejakiego p. Wnuka, poleconego nam przez EMI (z którego w międzyczasie, niestety, odszedł zajebisty Jarek Rawicki) nie nadawał się do niczego. Później próbował go ratować Paweł Popko, ale nie miał zbyt wielkiego pola manewru. Następne dwa klipy zrobione przez Piotrka Onopę i Jacka Szymańskiego do piosenek "Skuter" i "Natalia" udały się znakomicie, jednak było już trochę za późno i pierwszy strzał promocyjny albumu został przegapiony. Ogromne szczęście dopisało nam natomiast podczas wakacji w Stanach Zjednoczonych w roku 2009. W Los Angeles, będąc w gościach u Elizy Logan, która za starych czasów pracowała w EMI i stąd ją znałem, zrealizowaliśmy teledysk do piosenki "Blask". Eliza i jej mąż John, operator Reda, oraz ich kumpel Calder Greenwood, także operator i reżyser pracujący na co dzień w Hollywood przy największych kasowych produkcjach, zaangażowali się w produkcję klipu mało znanego polskiego artysty na zasadzie niekomercyjnej zajawki. Niesamowite, a jednak prawdziwe. Jeszcze raz wielkie dzięki. Jesteście wielcy. Klip wyszedł rewelacyjnie, a wymagał mnóstwa czasu na postprodukcję, gdyż jest mocno przetworzony komputerowo. Teraz myślimy jeszcze nad sfilmowaniem piosenki "Ostatni dźwięk" i mamy nadzieję, że w ciągu kilku miesięcy ten klip ujrzy światło dzienne.

Najmniejszy koncert świata
To DVD jest zapisem koncertu z 27 października 2009 roku w Alvernia Studios pod Krakowem. Poszliśmy na pierwszy ogień, bo był to pierwszy koncert z nowego cyklu pod szyldem "Najmniejszy koncert świata". Nawiasem mówiąc, granie dla dwudziestu osób wcale nie było dla nas najmniejszym, ponieważ ten taki zagraliśmy w 2004 roku dla osób dwóch.
Mniejsza jednak o wielkość koncertu, bo grało nam się fajnie, szkoda tylko, że dzień przed tym wydarzeniem totalnie się zaziębiłem. Nie byłem w najlepszej formie, gardło miałem zawalone katarem. No ale cóż: prawda czasu - prawda ekranu. Tak prezentował się zespół pod koniec roku 2009.
Można za to powiedzieć, że na tym DVD mamy koncertowy skład Sidneya w wersji "max". Po pierwsze grają tu obaj gitarzyści. I Siwy, i Thomas. W chórkach śpiewa Ania Ołdak, przyjaciółka Michała Mareckiego, a hype-manem jest Bartek, który niedługo po tym opuścił skład.
Na bębnach gra Pniaku, na kontrabasie - Mrówa, czyli Paweł Mazurczak, a na klawiszach oczywiście Michał Marecki. Za skrecze odpowiada Funky Gruzin, czyli Filip Rakowski. Muszę tu koniecznie wspomnieć również o Dziurze, czyli o Mariuszu "Activatorze" Dziurawcu, który zrealizował dźwięk koncertu na miejscu w Alverni, Damianie Kubackim, który realizował odsłuchy i o naszym techniku Byczym. Jacek Antosik nagrywał ślady koncertu, które później zostały zmiksowane przez niego, Piotra Witkowskiego i mnie.
Pomagali nam w miksie Sebastian i moja Małgosia. Wszystkim uczestnikom tego wydarzenia składam gorące podziękowania i przesyłam pozdrowienia. Wielkie dzięki raz jeszcze za wszystko.
Studio w Alwerni to niesamowite miejsce. Nie do końca to widać na tym DVD, ale cały kompleks wygląda jak statek kosmiczny. Łączniki pomiędzy kopułami, futurystyczne drzwi i ubikacje, pomieszczenia wystylizowane w klimacie "Odysei Kosmicznej 2001" albo "Obcego". Trochę baliśmy się, że nie będzie to pasować do klimatu naszej muzyki, ale dwa ogromne głośniki, które stanowią lwią część scenografii, znacznie ociepliły to miejsce. Teraz trochę żałuję, że nie ma na tym koncercie normalnego, oświetlenia scenicznego i że wygląda on trochę jak filmowany w świetlicy, ale taki był zamysł reżysera Bartka Piotrowskiego. Świadomy zabieg. Niech i tak będzie. Przynajmniej się odróżniamy od reszty.
Po koncercie odbyła się "pamiętna" balanga w zajeździe Krystyna, w którym zatrzymała się cała ekipa, zespół, goście z radia Roxy i publiczność. Po takim stresie musieliśmy "swoje" odreagować. Następnego dnia muzycy z resztą ekipy wrócili do domu, a ja zostałem z Małgosią i Jackiem Antosikiem, by miksować koncert.

Posłowie
Napisanie własnych piosenek i założenie własnego zespołu to najlepsza rzecz, jaka mi się przytrafiła, od kiedy dostałem się do T.Love. Druga najważniejsza rzecz w życiu. Pozwoliła mi pewniej spojrzeć w przyszłość i dała mnóstwo szczęścia, emocji i przygody.
Z jednej strony powstała w opozycji do grania w T.Love, a z drugiej pozwoliła mi bardziej docenić wartość macierzystego bandu.
Naprawdę czuję się wyróżniony przez los, że mogę robić to, co robię, że moja pasja jest moim zawodem, a ten zawód jest taki ciekawy. Muzyka zapewnia mi samorealizację, a w każdym razie nieustające dążenie do niej - to z kolei nadaje życiu treść, nie pozwala sczeznąć, zatracić się.
Bo ja, my - chyba mogę powiedzieć to też w imieniu całego swojego zespołu - naprawdę kochamy to, co robimy. Mam nadzieję, że to się czuje w naszych dźwiękach.

Sidney

Warszawa. 22 września 2010

projektowanie stron WWW | bloczki fundamentowe Toruń | Semmelrock, Libet Toruń grafika: Trust, bart, Tom Petty